rajd_dubaju2_m

Marek Świderski, mieszkaniec gminy Grójec reprezentował miasto w rajdzie Desert Challenge w Dubaju. Przygoda zakończona groźnie wyglądającym wypadkiem na długo pozostanie w pamięci Marka.

Jak zaczęła się historia z motocyklami ?
- Przygoda zaczęła się w 1996 roku. Pierwsze moje zwody były bardziej zawodami zręcznościowymi. Wystartowałem w nich Simsonem. Miałem wtedy 10 lat. Przez dwa lata jeździłem motocyklem krosowym „koło domu”. W 1998 roku zacząłem startować w Mistrzostwach Polski i wtedy właśnie pojawiły się pierwsze sukcesy. Początkowo mniejsze, potem już większe. Przygoda trwała do 2007 roku, kiedy to zrezygnowałem z jazdy na rzecz pracy. Nadal jeżdżę motocyklem, lecz nie ścigam się już w zawodach. Wyjazd do Dubaju traktowałem jak marzenie, które chciałem spełnić.
Zapisany byłeś do stowarzyszenia, bądź klubu ?
- Tak, od 1997 roku byłem członkiem Automobil Klubu Polski w Warszawie. Pierwsze lata były okresem, kiedy zdobywałem doświadczenie, uczyłem się techniki. Dopiero potem pojawiły się wyniki. Przez pięć sezonów byłem w kadrze narodowej i wyjeżdżałem na Mistrzostwa Świata na tak zwane „sześciodniówki” w dyscyplinie En Duro. Kiedy przystępowałem do klubu, jeździło w nim około 60 zawodników czynnych. Natomiast w 2007 roku, kiedy rezygnowałem, było to 10-15 zawodników w jednej klasie.
Kto trzymał pieczę nad nauką techniki jazdy i zdobywaniem doświadczenia?
- W Klubie nie mieliśmy jako takiego trenera. Jeździliśmy z Jackiem Czachorem i Markiem Dąbrowskim. Uczyli nas, dzieci jak jeździć szybciej i sprawniej. Pomału weszło to w krew. Mogliśmy z czasem uczyć młodszych.
Ile kosztuje takie hobby?
- Sprzęt zawsze leżał w naszej kwestii. Nigdy nie było możliwości, aby otrzymać go z klubu bądź wypożyczyć. W ostatnich dwóch sezonach miałem motor przygotowany przez sponsora. Minimum wydatków, jeśli mowa o nowym motocyklu to wydatek od 25 tyś. zł do 35 tyś. zł. Kolejno strój  - kask 1500 zł, buty również około 1500 zł., ochraniacze to kwota rzędu  2000 zł.. W chwili rozwoju zawodnika i uzyskiwania dobrych wyników potrzebne jest lepsze wyposażenie. Same ochraniacze na kolana to kwota 7 tyś. zł.
Skąd idea takiego hobby?
- Od zawsze tata jeździł motocyklem. Od dziecka mieliśmy pociąg do motoryzacji. Odkąd pamiętam, to mieliśmy gokardy, samochody, motocykle. Tato zaszczepił w nas miłość do motoryzacji i zostało to we mnie i moim bracie do dzisiaj.
Rozumiem, że rodzice kibicowali ?
- Kibicowali, chcieli abyśmy uzyskiwali jak najlepsze wyniku, lecz wiem, ze kosztowało ich to wiele nerwów i wyrzeczeń. Najbardziej na pewno denerwowała się mama. Tata zawsze był blisko nas na zawodach, mama kibicowała nam w domu.
W tym sporcie liczy się kondycja. Jak wygląda w związku z tym trening ?
- Wskazany jest trening kondycyjny. W zimę nie leżymy i odpoczywamy, lecz chodzimy na basen, biegamy. Kondycja to jednak tylko 10 % sukcesu. Przed sezonem trzeba wyjeździć liczę godzin. Nawet najlepszy sportowiec po 5 minutach opadnie z sił na motocyklu. Podczas jazdy najbardziej pracują ramiona, barki, które muszą być wypracowane, a nie da się tego zrobić na siłowni.
Pozostał w pamięci pierwszy sukces i porażka ?
- Pamiętam pierwsze swoje zawody w Moto Crossie. Były to Mistrzostwa Polski Stref Centralnych. Zająłem wtedy drugie miejsce. Był to dla mnie ogromny sukces, gdyż startowałem po raz pierwszy. Potem z czasem przychodziły lepsze miejsca. Zwiększał się też poziom zawodów. Były również momenty przełomowe. Przykładem są momenty, gdy osiągałem dobre wyniki i nagle łamałem rękę lub nogę. Wtedy musiałem dojść do siebie, omijały mnie również zawody. Porażka, która przychodzi i psuje całą pracę jest czymś najgorszym co może spotkać zawodnika.
Jak znalazłeś się w Dubaju?
-  Na spotkaniu z Jackiem Czachorem padły pytania z jego strony, czy nadal jeżdżę i czy nie byłbym zainteresowany wyjazdem do Dubaju. Są tam najtrudniejsze trasy, ale miejsce robi ogromne wrażenie.
Jak wyglądały przygotowania ?
- Musiałem popracować nad kondycją, ale również oswoić się z motocyklem. U nas była zima, więc jazda na specjalnych kolcach po śniegu. Nie odwzorowuje ona jednak warunków naturalnych jakie panują w Dubaju. Jazda ta miała mi pomóc w przygotowaniu kondycyjnym.
Kiedy wyjechaliście do Dubaju?
- Wyjazd zorganizowany był na 21 marca. Motocykle wysłane zostały już wcześniej. Przebywaliśmy w Dubaju równo dwa tygodnie. Wróciliśmy 4 kwietnia na święta Wielkanocne.
Jak wyglądał pobyt?
Przez pierwsze pięć dni przebywaliśmy w Dubaju. Tuż po przylocie odebraliśmy motocykle. Na miejscu zajmowaliśmy się sprzętem. W garażu podziemnym przez te pięć dni dłubaliśmy przy motocyklach, jeździliśmy, sprawdzaliśmy je. Wyglądało to dosyć śmiesznie, gdyż w tej części w której przebywaliśmy społeczeństwo żyło na bardzo wysokim poziomie. Piękne samochody, wille, a w środku tego my na rozgrzebanych motocyklach. Ludzie patrzyli się na nas jak na wariatów.
Jechałeś na swoim motocyklu?
- Motocykl otrzymałem od OrlenTeamu, był to typowy motocykl dakarowy. Sprzęt został dokładnie przejrzany. Wymieniono wszystkie części na nowe. Byłem go bardziej pewny niżeli nowego.
Na ramie znajdował się herb Grójca ?
- Tak, rama oklejona była barwami miasta, logo gazety Jabłonka oraz numerami startowymi, sponsorami, a sama rama była biało czerwona.
Jak dalej potoczyła się przygoda w Dubaju?
- Po pięciodniowym sprawdzaniu motocykli, pojechaliśmy do Abu Dabi na tor wyścigowy Formuły 1, gdzie odbył się odbiór motocykli po kontroli technicznej. Następnie odbył się start honorowy 26 marca wieczorem. Był to start z rampy podczas którego władze kraju witały  każdego z zawodników i życzyły powodzenia. Kolejnego dnia braliśmy udział w prologu, czyli próbie w odcinku równoległym podczas którego do rywalizacji staje dwóch zawodników i ścigają się na odcinku 3-4 km. Próba ta określa kolejność startową. Na 120 zawodników wywalczyłem sobie 13 pozycję.
Jest to zadowalająca dla Ciebie pozycja ?
- Tak. Nie chciałem być na samym początku, gdyż nie byłem bardzo dobrze obyty z tego rodzaju motocyklem. Jest on dużo większy i cięższy, niżeli te którymi dotychczas jeździłem. Posiada on dwa zbiorniki na paliwo w ilości 35 litrów. Dodatkowo jest wiele urządzeń, które należy w trakcie jazdy monitorować. Jest nawigacja, kompas, dodatkowo trzeba patrzeć przed siebie, kontrolować kilometr na którym jesteśmy, strzałkę w GPS-ie  i jechać średnio 100km na godzinę.  Przed wyjazdem popsuło mi się jeszcze pokrętło od nawigacji, dlatego też musiałem przewijać ją ręcznie o dodatkowo utrudniło mi jazdę. Pustynia jest nieprzewidywalna, dlatego tez trzeba było poświęcać jej wiele uwagi jadąc. Pierwszy dzień był z mojej strony wybadaniem sytuacji, nie chciałem się ścigać, aby już od razu nie skończyć zawodów.
Były przygody?
- Już pierwszego dnia miałem dosyć zabawną przygodę. Kiedy dojechaliśmy do miejsc tankowania pogubiłem się. Tam wygląda to nieco inaczej niżeli na zawodach w których dotychczas brałem udział. Zawsze odstawiałem motocykl mechanikom, oni go tankowali, a ja miałem 10 minut dla siebie na odpoczynek. Tam zawodnik sam nalewa paliwo. Nie pytając nikogo odstawiłem motocykl mechanikom, a po odbiorze pojechałem dalej. Miałem jeszcze do przejechania 180 km. W pewnym momencie zacząłem się gubić i zboczyłem jakieś 2 km z trasy. Jadę sobie i nagle staję. Paliwo na środku pustyni się skończyło. Nasłuchiwałem motocykli, ale nikogo nie było. Już wiedziałem, że ten dzień się dla mnie kończy. Nagle zobaczyłem jak jedzie w moim kierunku na dziecięcym quadzie Beduin. Myślałem, że mam omamy, ale jak się potem  okazało on był prawdziwy. Powiedziałem mu, że nie mam paliwa, a on z radością pojechał po nie tym quadem. Okazało się, że niedaleko mojego postoju miał zagrodę z wielbłądami. Przywiózł mi 5 litrów paliwa. Spytałem się czy nie ma więcej, gdyż ta ilość to za mało. Wtedy to oddał mi swoje z quada. Nie chciał przyjąć za to pieniędzy. Ja odjechałem, a on ciągnąc za sobą quada za kierownicę poszedł do siebie. Dojechałem ze spóźnieniem, ale pozycja moja była i tak bardzo dobra.
Jak wyglądała ta mniej miła przygoda ?
- Drugiego dnia mogłem dać z siebie więcej. Jechało mi się bardzo dobrze i szybciej niżeli dzień wcześniej. Było bardzo gorąco, piasek na pustyni był biały, wszystko się zlewało przed oczami. Wydawało się, że stoją w piasku kałuże. Dodatkowo raziło mnie słońce. W pewnym momencie ucięła się przede mną wydma, czyli taki zjazd jakby z czwartego piętra. Jechałem koło 100 km na godzinę. Zacząłem się zastanawiać co robić. Czy hamować, czy trzymać gaz i skoczyć. Przy mniejszych wydmach jest to możliwe. Na szczęście zahamowałem. Gdybym skoczył, to nie wiem co by było dalej. Motocykl stanął nad wydmą, a przednie koło przechyliło się w nią. Spadałem w dół, a motocykl za mną. Był to najdłuższy lot w moim życiu.
Co wtedy myślałeś?
- Nie miałem czasu myśleć. Wylądowałem głową w piasku, tak jakbym na główkę skakał do basenu. Wtedy pojawiły się problemy z moja szyją. Zanim doszedłem do siebie minęło parę minut. Trzymając głowę rękoma, gdyż szyja bardzo mnie bolała, dotarłem do motocykla i wezwałem pomoc. Przyleciały dwa śmigłowce. Założyli mi kołnierz i zabrali do szpitala na pustyni. Wewnątrz helikoptera bardzo trzęsło i obawiałem się, że podczas zastrzyku lekarz nie trafi w odpowiednie miejsce. Byłem w szoku.
Jakie były pierwsze informacje o Twoim zdrowiu?
- Podejrzewali, że mam pęknięte kręgi. Pierwszy dzień spędziłem w kołnierzu unieruchomiony w łóżku. Po prześwietleniach okazało się, że prawdopodobnie jeden krąg jest pęknięty, a reszta skompresowana. Kolejnego dnia przewieźli mnie karetka do innego szpitala. Konsultowano mnie z lekarzem, który zajmuje się właśnie takimi przypadkami. Powiedział, że mam skompresowane kręgi, ale mogę zdjąć kołnierz i funkcjonować. Była to dla mnie bardzo dobra informacja. Na biwaku poinformowano moich znajomych, że mam złamany kręgosłup i obojczyk. Wszyscy byli przestraszeni, ale okazało się, że jest dobrze.
Od razu wróciłeś do domu?
- Przez dwa dni kibicowałem kolegom, a po zakończonych zwodach jednodniowe zwiedzanie. Na szczęście już mogłem ruszać dobrze głową.
Żałujesz, ze nie zakończyłeś zawodów na mecie?
- Nie żałuję niczego. Była to wspaniała przygoda mojego życia.

Paulina Omen

rajd_dubaju1_d

rajd_dubaju_d